No więc już bez większych wstępów wrzucam 4 rozdział. Nie wyszedł chyba nawet taki zły xD
~~
Stałem w szoku, że szczęka mi opadłą niemal do
ziemi. Jak to możliwe że ten pies w ułamku sekundy tak bardzo zmienił swoje
nastawienie. Skakał teraz radośnie domagając się uwagi i pieszczot. No nie
wierze. Nawet pies woli tego gnoja ode mnie.
Westchnąłem. Pięknie się zapowiada ten dzień.
Doprawdy wspaniale.
I miałem w
100% rację. Ten dzień był okropny. Poranek to mały pikuś w porównaniu z tym co
mnie jeszcze czekało. A mianowicie kiedy wkurzony wróciłem do domu się przebrać
i najlepiej umyć nogi po prysznicu, a mówiąc dokładnie prysznicu składającego
się z pewnego wielgachnego psa i jego moczu którego nie omieszkał wylać prosto
na mnie. Ja Wam mówię to bydlę jej w zmowie z panem ‘wielkie-ego-i-wieczny-bitch-face’
– Krisem. To przecież niemożliwe, żeby mnie tak urządził z własnej woli. Mnie
zwierzęta kochają wręcz. Każde z którym miałem okazję się zetknąć łasiło się do
mnie zawsze przyjaźnie i dopraszało o głaskanie. Ale nieeeee… ten pies
zdecydował wybrać mroczną ścieżkę i podążać za tym padalcem durnym..
W każdym razie wróciłem
do domu wziąć ten prysznic i się przebrać kiedy mama oznajmiła mi, że .. cóż..
chciałaby spędzić trochę czasu sam na sam z Kevinem więc wybierają się na
drobną wycieczkę i wrócą dopiero jutro z rana, tak więc od teraz jestem
odpowiedzialny za dzisiejszy obiad, jak również i kolacje, żeby Kris i Myung-Hee
nie chodzili dziś głodni.
Ekstra. Zostawia mnie
na cały dzień z tym diabelskim rodzeństwem. Czemu? Bo zachciało jej się małego
sam na sam z jej ‘menem’. No po prostu zajebiście. Dobrze, że mogę na ciebie
liczyć mamo!
Niestety na tym moje
problemy nie miały zamiaru się zakończyć. Mama z Kevinem okazali się już
spakowani, więc od razu po przekazaniu mi instrukcji opuścili dom i zawinęli
się tak szybko, że kilka sekund później został tylko kurz od piasku po aucie.
Kiedy tylko skończyłem się ogarniać w łazience
z dworu wrócił nie kto inny jak Kris, który wykorzystując nieobecność swojego
ojca i mojej matki (tak matki, nie nazwę jej teraz mamą za skazanie mnie na
przebywanie następne 24h w towarzystwie największego szatana i jego siostry)
uznał, że to on tu rządzi i niczym Pan i Władca rozsiadł się na krześle w
kuchni, wykładając swe nogi (bardzo długie chciałbym dodać, nie żebym na nie
patrzył dłużej niż trzeba) i tonem pana na włościach, albo bardziej adekwatne
do jego słów byłoby – zgrzybiałego męża z mięśniem piwnym, powiedział (to chyba
miało być żartobliwie ale..):
- Daj mi piwa żono.
Zmarszczyłem brwi
patrząc na niego jakby mu rozum odjęło. A może rzeczywiście tak było. Nie
wykluczałem faktu, że prawdopodobnym było, że mógł znaleźć jakieś podejrzane
grzybki pod schodami na werandę jak wracał do domu, albo pies zmutował i
oślinił go, jednak ta ślina zawierała silnie odmóżdżającą substancję – STOP. Za
dużo science-fiction. Chyba powinienem z tym przystopować.
Ogarnąłem się
natychmiast kiedy wyciągnął rękę ponaglająco.
- No czekam. Nie możesz
się pośpieszyć z tym piwem.
- Nie będzie żadnego
piwa debilu. I weź się ogarnij bo pierdolisz. – powiedziałem i już miałem wyjść
z kuchni kiedy Kris wstał nagle i zagrodził mi przejście.
- Chwila. Nie tak
szybko. Po pierwsze nie pyskuj mi tu i się nie wyrażaj. Po drugie jestem
starszy wiec szacunek przede wszystkim. – zaczął – ~elo jo szacuneczek
kapujesz?~ - zanucił jakimś dresowym slangiem modulując nieco głosem, przez co
zupełnie nie brzmiał jak on.
Spojrzałem na niego ze
spojrzeniem typu ‘ty serio to powiedziałeś.. jprdl’. I mając zamiar go olać na
resztę dnia – głównie po to, żeby przez jego suche teksty gdzieś mi moje IQ nie
spierdoliło.
Kris miał inne plany i
chyba zupełnie gdzieś odleciał bo kiedy ja odciąłem się i gadałem w myślach sam
do siebie on coś dalej do mnie mówił… a raczej rapował… chociaż w sumie to po
prostu brzmiało jak beznadziejnie wymuszone rymy
- -min, karle mały, leć
robić obiad, bom głodny cały. Twa mama kazała za kurę domowa robić, więc śmigaj
w te pędy bo inaczej będę tu broić.
Yyyy taa.. halo? Wariatkowo?
No wiec mamy tu przypadek chorego na zjebanie mózgowe. Tak, podejrzewam jego
rozwinięty etap. Proszę przyjedźcie jak najszybciej zanim zacznie zarażać.
- Lecz się. Jesteś popierdolony.
Wyminąłem go
skierowałem się do salonu.
Kris poczłapał za mną
nawijając dalej coś o szacunku o starszych i że nie wolno mi tak lekceważyć
obowiązku gotowania obiadu.
Odwróciłem się żeby
kazać mu się zamknąć, jednak on nadal szedł a mną więc skończyło się tym, że
wpadł na mnie.
- Ej, weź się tak nie
zatrzymuj z nienacka. Jesteś zbyt mały żeby cię w porę zauważyć i zdążyć się
zatrzymać lub chociaż wyminąć.
- Odwal się od mojego
wzrostu. Mały to jest chyba twój penis. – powiedziałem, żeby mu się odgryźć.
- Żeby było jasne. –
Kris spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. – ‘On’ nie jest mały. Jest całkiem
spory. Chcesz to ci go mogę nawet pokazać, żeby zaspokoić twoją ciekawość skoro
już sam zacząłeś ten temat.
Wyszczerzył zęby i
odpiął guzik od spodni.
- co…- zaniemówiłem z
szoku nad jego debilizmem.
I
ten moment wybrała sobie właśnie jego siostra, żeby wejść do salonu. Spojrzała
na brata i powędrowała wzrokiem do jego dłoni które chwytały właśnie rozporek. Skrzywiła
się i powiedziała:
-
Jesteś obleśny.
Kris
wyszczerzył się i jak na złość rozpiął spodnie.
Myung-Hee
przewróciła oczami i skierowała się w moją stronę.
-
Chodź Xiu. Ten zbok nie jest wart poświęcania mu nawet kilku sekund uwagi. –
złapała mnie za ramię i pociągnęła za sobą w stronę kuchni. - słyszałam wcześniej jak twoja mama prosiła cię
o przygotowanie obiadu dziś. Jeżeli chcesz to bardzo chętnie ci pomogę.
-
Pewnie. Byłoby miło. – odwróciłem się w stronę Krisa, który w tym czasie zdążył
już zapiąć powrotem spodnie, posyłając mu wymowne spojrzenie – niektórzy są tu
niestety bezużytecznie i tylko pierdolą od rzeczy.
Chłopak
prychnął, a ja dodałem.
-
Idź na dwór poszukać swojego zgubionego mózgu, albo przydaj się wcześniej na
coś i nakryj do stołu.
I
tymi słowami zakończyłem i dałem się zaciągnąć do kuchni.
*
Pięć
minut po tym jak zacząłem gotować z Myung-Hee obiad dotarło do mnie, że
przyjmowanie jej pomocy to był błąd.
Przypomniały
mi się słowa Krisa z wczoraj. To o paleniu nawet wody i bycia ofiarą losu.
Cóż
teraz musiałem przyznać mu rację. Dziewczyna naprawdę kompletnie nie radziła
sobie w kuchni. Poprosiłem ją, żeby ugotowała ziemniaki – to nic trudnego przecież
– a ja w tym trakcie przygotuje rybę. Skąd mogłem wiedzieć, że będzie wlepiała
w niego oczy bambi nie wiedząc jak to zrobić. Mógłem już wtedy zrozumieć, że powinien
dalej sam się tym zająć, ale zamiast tego powiedziałem, żeby zaczęła od obrania
ziemniaków. Szło jej dobrze. No prawie. W sumie wcale. Po pierwszym obierku
zacięła się. OBIERACZKĄ!!!! Miałem ochotę przybić sobie mentalnego face palma. Ale
nie poddałem się i po naklejeniu tej ofierze plastra pomogłem jej dokończyć
obieranie.
Naiwny
liczyłem, że na tym problemy się skończą. Cóż, jak już powiedziałem to było
NAIWNE. Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem jak ona chciała ugotować ziemniaki
bez wody. Tak kurwa. WRZUCIŁA TE PIEPRZONE ZIEMNIAKI DO PUSTEGO GARNKA I WŁĄCZYŁA
GAZ, A POTEM USIADŁA NA KRZEŚLE CZEKAJĄC. Wtedy jeszcze niestety nie
wiedziałem, tak więc nie mogłem zainterweniować.
-
Xiumin długo jeszcze? – zapytała. – chciałam pomalować paznokcie bo mi lakier
już odpryskuje ale chyba powinnam pilnować tych ziemniaków.
Spojrzałem
na nią jakby przyleciała z innej planety. Jaki brat taka siostra. Ta rodzina
chyba już tak ma.
No
i wtedy poczułam, że coś jest nie tak. Przerwałem filetowanie ryby i pędem
rzuciłem się do garnka.
-
Tego już chyba nie zjemy. – westchnąłem. – Myung-Hee wiesz co? Możesz już pójść.
Poradzę sobie sam.
-
Ok, ale jakbyś mnie potrzebował to wołaj śmiało. – puściła mi oko i zniknęła za
drzwiami.
‘O
nie nie nie. Nie licz, że cię zawołam kiedykolwiek do czegokolwiek w kuchni.’
Oparłem
się o zlew głośno wzdychając.
Kiedy
usłyszałem śmiech podniosłem głowę i spojrzałem w stronę z którego dobiegał. Przy
wejściu do kuchni stał Kris i opierał się o futrynę.
-
Może ci pomóc? – zaproponował z uśmiechem. – zaręczam, że w kuchni jestem
całkowitym przeciwieństwem tej ciapy.
Kiwnąłem
potakująco głową zgadzając się na jego propozycję.