sobota, 9 stycznia 2016

Xiuris cz.4

Witam po długiej nieobecności (jak zawsze.. to już przechodzi do niechlubnej tradycji chyba). tak patrzę na kalendarz a to się okazuję, że już ponad trzy miesiące od ostatniego.. cóż czegokolwiek. Znowu przegięłam ;_; A tu już nowy rok tak więc wszystkiego najlepszego i obym się w tym roku wykazała jakąś kontrolą na wrzucanie tu rozdziałów częściej ;P

No więc już bez większych wstępów wrzucam 4 rozdział. Nie wyszedł chyba nawet taki zły xD

~~



Stałem w szoku, że szczęka mi opadłą niemal do ziemi. Jak to możliwe że ten pies w ułamku sekundy tak bardzo zmienił swoje nastawienie. Skakał teraz radośnie domagając się uwagi i pieszczot. No nie wierze. Nawet pies woli tego gnoja ode mnie.


Westchnąłem. Pięknie się zapowiada ten dzień. Doprawdy wspaniale.





I miałem w 100% rację. Ten dzień był okropny. Poranek to mały pikuś w porównaniu z tym co mnie jeszcze czekało. A mianowicie kiedy wkurzony wróciłem do domu się przebrać i najlepiej umyć nogi po prysznicu, a mówiąc dokładnie prysznicu składającego się z pewnego wielgachnego psa i jego moczu którego nie omieszkał wylać prosto na mnie. Ja Wam mówię to bydlę jej w zmowie z panem ‘wielkie-ego-i-wieczny-bitch-face’ – Krisem. To przecież niemożliwe, żeby mnie tak urządził z własnej woli. Mnie zwierzęta kochają wręcz. Każde z którym miałem okazję się zetknąć łasiło się do mnie zawsze przyjaźnie i dopraszało o głaskanie. Ale nieeeee… ten pies zdecydował wybrać mroczną ścieżkę i podążać za tym padalcem durnym..
W każdym razie wróciłem do domu wziąć ten prysznic i się przebrać kiedy mama oznajmiła mi, że .. cóż.. chciałaby spędzić trochę czasu sam na sam z Kevinem więc wybierają się na drobną wycieczkę i wrócą dopiero jutro z rana, tak więc od teraz jestem odpowiedzialny za dzisiejszy obiad, jak również i kolacje, żeby Kris i Myung-Hee nie chodzili dziś głodni.
Ekstra. Zostawia mnie na cały dzień z tym diabelskim rodzeństwem. Czemu? Bo zachciało jej się małego sam na sam z jej ‘menem’. No po prostu zajebiście. Dobrze, że mogę na ciebie liczyć mamo!
Niestety na tym moje problemy nie miały zamiaru się zakończyć. Mama z Kevinem okazali się już spakowani, więc od razu po przekazaniu mi instrukcji opuścili dom i zawinęli się tak szybko, że kilka sekund później został tylko kurz od piasku po aucie.

 Kiedy tylko skończyłem się ogarniać w łazience z dworu wrócił nie kto inny jak Kris, który wykorzystując nieobecność swojego ojca i mojej matki (tak matki, nie nazwę jej teraz mamą za skazanie mnie na przebywanie następne 24h w towarzystwie największego szatana i jego siostry) uznał, że to on tu rządzi i niczym Pan i Władca rozsiadł się na krześle w kuchni, wykładając swe nogi (bardzo długie chciałbym dodać, nie żebym na nie patrzył dłużej niż trzeba) i tonem pana na włościach, albo bardziej adekwatne do jego słów byłoby – zgrzybiałego męża z mięśniem piwnym, powiedział (to chyba miało być żartobliwie ale..):
- Daj mi piwa żono.
Zmarszczyłem brwi patrząc na niego jakby mu rozum odjęło. A może rzeczywiście tak było. Nie wykluczałem faktu, że prawdopodobnym było, że mógł znaleźć jakieś podejrzane grzybki pod schodami na werandę jak wracał do domu, albo pies zmutował i oślinił go, jednak ta ślina zawierała silnie odmóżdżającą substancję – STOP. Za dużo science-fiction. Chyba powinienem z tym przystopować.
Ogarnąłem się natychmiast kiedy wyciągnął rękę ponaglająco.
- No czekam. Nie możesz się pośpieszyć z tym piwem.
- Nie będzie żadnego piwa debilu. I weź się ogarnij bo pierdolisz. – powiedziałem i już miałem wyjść z kuchni kiedy Kris wstał nagle i zagrodził mi przejście.
- Chwila. Nie tak szybko. Po pierwsze nie pyskuj mi tu i się nie wyrażaj. Po drugie jestem starszy wiec szacunek przede wszystkim. – zaczął – ~elo jo szacuneczek kapujesz?~ - zanucił jakimś dresowym slangiem modulując nieco głosem, przez co zupełnie nie brzmiał jak on.
Spojrzałem na niego ze spojrzeniem typu ‘ty serio to powiedziałeś.. jprdl’. I mając zamiar go olać na resztę dnia – głównie po to, żeby przez jego suche teksty gdzieś mi moje IQ nie spierdoliło.
Kris miał inne plany i chyba zupełnie gdzieś odleciał bo kiedy ja odciąłem się i gadałem w myślach sam do siebie on coś dalej do mnie mówił… a raczej rapował… chociaż w sumie to po prostu brzmiało jak beznadziejnie wymuszone rymy
- -min, karle mały, leć robić obiad, bom głodny cały. Twa mama kazała za kurę domowa robić, więc śmigaj w te pędy bo inaczej będę tu broić.
Yyyy taa.. halo? Wariatkowo? No wiec mamy tu przypadek chorego na zjebanie mózgowe. Tak, podejrzewam jego rozwinięty etap. Proszę przyjedźcie jak najszybciej zanim zacznie zarażać.
- Lecz się. Jesteś popierdolony.
Wyminąłem go skierowałem się do salonu.
Kris poczłapał za mną nawijając dalej coś o szacunku o starszych i że nie wolno mi tak lekceważyć obowiązku gotowania obiadu.
Odwróciłem się żeby kazać mu się zamknąć, jednak on nadal szedł a mną więc skończyło się tym, że wpadł na mnie.
- Ej, weź się tak nie zatrzymuj z nienacka. Jesteś zbyt mały żeby cię w porę zauważyć i zdążyć się zatrzymać lub chociaż wyminąć.
- Odwal się od mojego wzrostu. Mały to jest chyba twój penis. – powiedziałem, żeby mu się odgryźć.
- Żeby było jasne. – Kris spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. – ‘On’ nie jest mały. Jest całkiem spory. Chcesz to ci go mogę nawet pokazać, żeby zaspokoić twoją ciekawość skoro już sam zacząłeś ten temat.
Wyszczerzył zęby i odpiął guzik od spodni.
- co…- zaniemówiłem z szoku nad jego debilizmem.
I ten moment wybrała sobie właśnie jego siostra, żeby wejść do salonu. Spojrzała na brata i powędrowała wzrokiem do jego dłoni które chwytały właśnie rozporek. Skrzywiła się i powiedziała:
- Jesteś obleśny.
Kris wyszczerzył się i jak na złość rozpiął spodnie.
Myung-Hee przewróciła oczami i skierowała się w moją stronę.
- Chodź Xiu. Ten zbok nie jest wart poświęcania mu nawet kilku sekund uwagi. – złapała mnie za ramię i pociągnęła za sobą w stronę kuchni. -  słyszałam wcześniej jak twoja mama prosiła cię o przygotowanie obiadu dziś. Jeżeli chcesz to bardzo chętnie ci pomogę.
- Pewnie. Byłoby miło. – odwróciłem się w stronę Krisa, który w tym czasie zdążył już zapiąć powrotem spodnie, posyłając mu wymowne spojrzenie – niektórzy są tu niestety bezużytecznie i tylko pierdolą od rzeczy.
Chłopak prychnął, a ja dodałem.
- Idź na dwór poszukać swojego zgubionego mózgu, albo przydaj się wcześniej na coś i nakryj do stołu.
I tymi słowami zakończyłem i dałem się zaciągnąć do kuchni.
*
Pięć minut po tym jak zacząłem gotować z Myung-Hee obiad dotarło do mnie, że przyjmowanie jej pomocy to był błąd.
Przypomniały mi się słowa Krisa z wczoraj. To o paleniu nawet wody i bycia ofiarą losu.
Cóż teraz musiałem przyznać mu rację. Dziewczyna naprawdę kompletnie nie radziła sobie w kuchni. Poprosiłem ją, żeby ugotowała ziemniaki – to nic trudnego przecież – a ja w tym trakcie przygotuje rybę. Skąd mogłem wiedzieć, że będzie wlepiała w niego oczy bambi nie wiedząc jak to zrobić. Mógłem już wtedy zrozumieć, że powinien dalej sam się tym zająć, ale zamiast tego powiedziałem, żeby zaczęła od obrania ziemniaków. Szło jej dobrze. No prawie. W sumie wcale. Po pierwszym obierku zacięła się. OBIERACZKĄ!!!! Miałem ochotę przybić sobie mentalnego face palma. Ale nie poddałem się i po naklejeniu tej ofierze plastra pomogłem jej dokończyć obieranie.
Naiwny liczyłem, że na tym problemy się skończą. Cóż, jak już powiedziałem to było NAIWNE. Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem jak ona chciała ugotować ziemniaki bez wody. Tak kurwa. WRZUCIŁA TE PIEPRZONE ZIEMNIAKI DO PUSTEGO GARNKA I WŁĄCZYŁA GAZ, A POTEM USIADŁA NA KRZEŚLE CZEKAJĄC. Wtedy jeszcze niestety nie wiedziałem, tak więc nie mogłem zainterweniować.
- Xiumin długo jeszcze? – zapytała. – chciałam pomalować paznokcie bo mi lakier już odpryskuje ale chyba powinnam pilnować tych ziemniaków.
Spojrzałem na nią jakby przyleciała z innej planety. Jaki brat taka siostra. Ta rodzina chyba już tak ma.
No i wtedy poczułam, że coś jest nie tak. Przerwałem filetowanie ryby i pędem rzuciłem się do garnka.
- Tego już chyba nie zjemy. – westchnąłem. – Myung-Hee wiesz co? Możesz już pójść. Poradzę sobie sam.
- Ok, ale jakbyś mnie potrzebował to wołaj śmiało. – puściła mi oko i zniknęła za drzwiami.
‘O nie nie nie. Nie licz, że cię zawołam kiedykolwiek do czegokolwiek w kuchni.’
Oparłem się o zlew głośno wzdychając.
Kiedy usłyszałem śmiech podniosłem głowę i spojrzałem w stronę z którego dobiegał. Przy wejściu do kuchni stał Kris i opierał się o futrynę.
- Może ci pomóc? – zaproponował z uśmiechem. – zaręczam, że w kuchni jestem całkowitym przeciwieństwem tej ciapy.
Kiwnąłem potakująco głową zgadzając się na jego propozycję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz