sobota, 8 września 2012

"Be mine!" -Rozdział 4

No, a więc po bardzo dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugiej nieobecności (niech szlag trafi moje lenistwo :/ ) wstawiam kolejny rozdział dla... No właśnie dla kogo? Otóż odpowiedź brzmi: Nie wiem.
Wątpie aby pozostał tu jeszcze ktokolwiek na tyle cierpliwy by wytrzymać moje totalne lenistwo i nieróbstwo ;/ Tak, przyznaje bez bicia: JESTEM TOTALNYM LENIEM, KTÓRY NIE POTRAFI SIE ZMOBILIZOWAĆ SAM DO PISANIA, PISZE OD WŁASNEGO WIDZIMISIE TYLKO KIEDY DOTAJE WENY, A WENA TA NAJCZĘŚCIEJ POJAWIA SIĘ ZDIWNYCH PORACH(NAJCZĘŚCIEJ W ŚRODKU NOCY, WIEĆ CZĘSTO NIE CHE MI SIĘ ZWLEC Z ŁÓŻKA I PISAĆ, A RANO WSZYSTKO ZAPOMINAM)!!!!!!
Ostatnio w nocy jednak wstałam, więc oto to co udało mi się wówczas nagryzmolić w zeszycie, po czym przepisać na komputer(ehh.. podwójna z tym robota była no ale co ja poradze...)

~~


Rozdział 4
‘~Nieprzewidziane okoliczności~’
Kiedy wróciłem z powrotem do lodziarni zastałem jedynie krótką notatkę napisaną na serwetce. Leżała na stoliku gdzie siedzieliśmy.
Brzmiała ona: „Tam gdzie pierwsze spotkanie. Jutro o zachodzie. R ”
Poczułem ucisk w podbrzuszu i rozczarowanie, że nie ma już tuta Rena.
Zupełnie zapominając o wszystkim innym, ruszyłem z powrotem do domu, powłócząc przy tym nogami. Wydawało mi się, że droga ciągnie się godzinami, choć szedłem dopiero niecałe dziesięć minut. Kiedy nareszcie skręciłem w swoją ulicę i wszedłem na teren ogrodu przy moim domu, poczułem dziwne uczucie nieważkości. Miałem wrażenie, że unoszę się nad ziemią. Kiedy jednak spojrzałem w dół, ziemia niebezpiecznie zaczęła zbliżać się w moim kierunku. Zakręciło mi się w głowie, jak po zejściu po długotrwałym przebywaniu na karuzeli. Kiedy chodnik biegnący przez ogród był już milimetry od mojej twarzy, pojawiła się nagle ciemność.
Pomyślałem, że dzieje się chyba coś dziwnego. Wtedy nagle zobaczyłem kolorowy tunel, który błyskawicznie przemknął wokół mnie i znów pogrążyłem się w kompletnej czerni,
I zemdlałem.
***
Co to miało kurna być?! – Krzyknąłem w duchu. – Że co On miał na myśli mówiąc to swoje „przepraszam”?
Zacisnąłem pięści wbijając sobie paznokcie w wnętrze dłoni.
Jeżeli Ian myślał, że tak łatwo mnie zbyje to się grubo pomylił. Ni odpuszczę mu, dopóki nie wyjaśni mi, o co chodziło z tym, co powiedział nim pobiegł do tego kolesia.
- Uch… - wzdrygnąłem się na wspomnienie tamtego szatyna. Za każdym razem tak na niego reagowałem. Zawsze miałem mu ochotę przywalić, kiedy widziałem, jak Ian patrzy na niego tym maślanym wzrokiem.
- Muszę się pozbierać. – powiedziałem już na głos i uderzyłem się dłonią w policzek – Idź za nim Daiki, idź! – zachęcałem się głośno.
I podziałało, bo chwilę później byłem już w lodziarni i stałem nad tamtym stołem z kartką w dłoni.
Czułem, że nie wytrzymam długo. Zgniotłem kartkę i wepchnąłem ją sobie do przedniej kieszeni w spodniach.
- Nie pozwolę. Już nie będę tego tolerował.. – powiedziałem przez zaciśnięte zęby i jak burza wyleciałem z lokalu.
Do domu Ian’a praktycznie pobiegłem i niemal zaryłem nosem o chodnik, gdy potknąłem się na widok leżącego na podwórku przyjaciela.
- Ian!
W błyskawicznym tempie dopadłem do chłopaka.
- Ian, co jest? Cholera!
Rozejrzałem się dookoła. Nic. Pusto.
Podrapałem się w skroń i całkiem zapominając o zasadach ratowania poszkodowanego, wziąłem po prostu przyjaciela na ręce i zawlokłem pod drzwi.
Podpierając się kolanem o drzwi i wciąż trzymając Ian’a wyciągnąłem mu z kieszeni klucze i otworzyłem wejście do domu.
Poczułem jak kot chłopaka – Luie, skacze mi na łydkę i wczepia się pazurami w dżinsy. Nie przejąłem się tym, bo czasami mi tak już robił. Więc zamiast ściągnąć kota, zaniosłem przyjaciela do jego pokoju i położyłem na łóżku.
Odszedłem kilka kroków i wyciągnąłem telefon. Po chwili wiadomość do mamy była już wysłana.
Zostawałem na noc u Ian’a.
***
Przekręciłem się na boku.
‘Rany jak mnie wszystko boli.’
Powoli otworzyłem oczy rozglądając się dookoła. Zobaczyłem dobrze znane mi ściany, Lampe, meble i fluorescencyjne gwiazdki na suficie, przyklejone jeszcze za czasów podstawówki.
‘Jestem w swoim pokoju. To nie ulega wątpliwości.’ – pomyślałem – ‘Tylko jak ja tu trafiłem.’ – Podniosłem się – ‘Ostatnie, co pamiętam to…’
Złapałem się za głowę, która nagle zaczęła mnie boleć i zwinąłem się w embrion, spadając przy tym z łóżka.
Oddychałem głośno, przez usta, brzmiąc prawdopodobnie niczym Vader.
Usłyszałem jak otwierają się drzwi i ktoś wpada do pokoju, przy głośnym brzdęku..czegoś.
- Ian! Co się dzieje? – rozbrzmiał przy mnie zaniepokojony głos Daiki’ego – Boli Cię coś? Kurwa!
- Nie, nic mi nie jest. – postarałem się zdobyć na uśmiech, ale wyszło mi tylko to, że się skrzywiłem – No może trochę głowa.
Wycelowałem palec w przyjaciela, przybierając pseudo groźną minę.
- I nie wyrażaj mi się tak w moim pokoju, to oaza spokoju. – I mrugnąłem do niego.
Daiki uśmiechnął się lekko. Nie trwało to jednak długo, gdy na powrót spoważniał.
- Bardzo boli? Może chcesz do lekarza, czy..
- Nie. – przerwałem mu stanowczo – Już mi przechodzi.
Jakby dla potwierdzenia moich słów usiadłem po turecku, krzywiąc się, ale tylko nieznacznie.
Mój przyjaciel rozluźnił się widząc to i podszedł do drzwi.
Zobaczyłem jak kuca i zbiera coś z podłogi. Podszedłem bliżej na czworaka.
Zauważyłem pęknięty talerz, kubek z odłupanym uchem, rozlany sok i kilka walających się tu i ówdzie pozostałości po kanapkach.
‘Och. Więc to był ten brzdęk.’ – Pomyślałem tylko.
Daiki spojrzał na mnie przepraszająco.
- Przestraszyłem się jak zobaczyłem Cię zwiniętego na podłodze.
- Nie ma sprawy. Zdarza się. – powiedziałem z delikatnym uśmiechem - Pomogę Ci pozbierać. – Zaoferowałem.
Zanim jednak się za to zabrałem, zauważyłem małą czekoladkę leżącą na ułamanym talerzu i niedosięgniętą przez sok.
Uśmiechnąłem się szeroko.
- Patrz. Coś ocalało.
Podniosłem czekoladkę. Była troszeczkę nadtopiona, ale w sumie to nie robiło mi to jakiejkolwiek różnicy.
Trzymając smakołyk dwoma palcami, ugryzłem go, zjadając połowę.
Drugą część wyciągnąłem w stronę chłopaka.
Daiki uśmiechnął się i zamiast wziąć czekoladkę, zjadł mi ją prosto z ręki.
- C-co Ty robisz?
- Jem czekoladkę.
- No, ale..
- O! Patrz! Coś jeszcze zostało.
- Co? Gdzie? – rozejrzałem się, ale niczego nie zauważyłem.
Daiki natomiast uśmiechnął się i złapał moją rękę. Przybliżył się i zaczął zlizywać czekoladę z moich palców.
Byłem zaskoczony do tego stopnia, że tylko siedziałem na podłodze i patrzyłem jak zahipnotyzowany, podczas gdy jego język powędrował do wnętrza mojej dłoni. Zataczał tam powolne kółka, po czy, skierował się wzdłuż ręki w kierunku łokcia.
Dopiero, kiedy dotarł do jego zagięcia otrząsnąłem się z transu i wyrwałem rękę.
- Co Ty wyprawiasz?
Chłopak uśmiechnął się tajemniczo i wstał podnosząc pozbierany talerz z kanapkami i kubek.
- Nic takiego. Chodźmy do kuchni.
Westchnąłem i udałem obruszonego, ale nie powiedziałem już ani słowa i posłusznie poszedłem za chłopakiem.
Nie oglądnąłem się nawet na biurko, na którym stał zegarek z wyświetloną datą.
***
Stałem oparty o blat, przyglądając się kanapkom robionym przez Ian’a.
Wyglądało jednak na to, że nie zorientował się, że przespał całą noc i popołudnie oraz, że dziwnym trafem obudził się pół godziny po tej godzinie, o której wczoraj zemdlał.
Przeniosłem wzrok z kanapek na chłopaka.
‘On jest przekonany, że dzisiaj nadal jest ten sam dzień.’ – uśmiechnąłem się – ‘I, że z Renem spotyka się jutro. Hm.. Zdziwi się pewnie nieźle jak się okaże, że jego nie będzie. I zdenerwuje, gdy się dowie, że pomylił dni.’
Ian spojrzał na mnie pytająco.
- O co chodzi?
- O nic. Nieważne. – uśmiechnąłem się szeroko. – Pomóc Ci?
***
19:28
‘Słońce już zaszło, a Ian’a nadal nie ma.’
Uniosłem głowę spoglądając na pojawiające się już gwiazdy. Pogoda sprzyjała dzisiaj, nie widać było żadnych chmur, więc niebo było czyste.
Nagle coś sobie uświadomiłem.
‘Może On w ogóle nie znalazł i nie przeczytał tej karteczki.’
Westchnąłem zrezygnowany i ruszyłem w kierunku swojego domu, z zamiarem napisania stamtąd do chłopaka.
Kiedy jednak zrobiłem kilka kroków usłyszałem znajomy wołający mnie głos.
Uśmiechnąłem się szeroko i odwróciłem w stronę chłopaka.

~~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz